Atmosfera konferencji i główne pytanie: „Po co nam tutoring i mentoring w szkołach?”
Spotkanie ludzi, którym się chce więcej niż „przerobić podstawę”
Sala konferencyjna pękała w szwach. Na krzesłach – nauczyciele z różnych typów szkół: od podstawówek z małych miejscowości, po licea z dużych miast. Wszyscy przyjechali z jednym oczekiwaniem: znaleźć sposób, by ich szkoła przestała być miejscem odhaczania tematów, a stała się przestrzenią realnych spotkań z uczniem. Program był tak ułożony, by przeplatać inspirujące wystąpienia z warsztatami: po każdym wykładzie uczestnicy od razu sprawdzali, jak przełożyć idee tutoringu i mentoringu na swoje realia.
Organizatorami byli praktycy – dyrektorzy i nauczyciele, którzy już wdrożyli tutoring szkolny w praktyce. Zamiast teorii dostarczali historie z korytarzy, pokojów nauczycielskich i rozmów z rodzicami. Na scenie nie mówiono o idealnych szkołach, lecz o bałaganie codzienności, w którym da się jednak zbudować coś więcej niż „system oceniania”.
Szkoła „przerabiająca materiał” kontra szkoła relacji i talentów
Praktycznie każde wystąpienie dotykało tego samego napięcia: czy szkoła jest od przerabiania materiału, czy od rozwijania ludzi. Jeden z prelegentów pokazał proste zestawienie: z jednej strony dziennik elektroniczny pełen „N” i ocen, z drugiej – karta tutoringowa ucznia z zapisanymi celami, mocnymi stronami i planem działania na pół roku. Różnica nie była w formularzu, tylko w pytaniu, które stoi za każdym z nich.
W szkole „przerabiającej materiał” główne pytania brzmią: „Czy zrealizowałem temat?”, „Czy uczniowie napisali sprawdzian?”, „Czy mam podstawę programową z głowy?”. W szkole budującej relacje i talenty pojawiają się inne: „Kogo dzisiaj spotkałem w uczniu?”, „Co już potrafi, a czego chce się nauczyć?”, „Jak mogę mu towarzyszyć, zamiast go tylko sprawdzać?”. Tutoring i mentoring były przedstawiane jako konkretna odpowiedź na to drugie podejście.
„Uczeń nie jest projektem do zrobienia, tylko człowiekiem do spotkania”
Otwarcie konferencji ustawiło ton na cały dzień. Prowadzący, dyrektor liceum z kilkunastoletnim doświadczeniem, zaczął od zdania, które wywołało ciszę na sali:
„Uczeń nie jest projektem do zrobienia, tylko człowiekiem do spotkania.”
Potem dodał: „Jeśli patrzymy na ucznia jak na projekt, chcemy jak najszybciej go zamknąć – ocenić, sklasyfikować, wysłać dalej. Jeśli widzimy w nim człowieka, potrzebujemy relacji, czasu, rozmowy. I wtedy nagle okazuje się, że tutoring i mentoring nauczycielski przestają być modnym hasłem, a stają się jedyną sensowną metodą pracy”.
Praktycznie w każdym kolejnym wystąpieniu pojawiał się motyw relacji tutor–uczeń oraz partnerskiego wsparcia między nauczycielami. Prelegenci nie używali wielkich słów – pokazywali, jak dzięki regularnym, dobrze prowadzonym rozmowom zmienia się zachowanie uczniów, poziom konfliktów i zaangażowanie samych pedagogów.
Tutoring i mentoring jako wspólny mianownik skutecznych zmian
Choć program konferencji był różnorodny – od oceniania kształtującego po rozwój kompetencji społecznych uczniów – tutoring i mentoring przewijały się niemal w każdym panelu. W praktyce wyglądało to tak, że:
- dyrektorzy opowiadali, jak mentoring wdrożeniowy pomógł utrzymać młodych nauczycieli w szkole,
- wychowawcy dzielili się doświadczeniami z indywidualizacji nauczania przez regularne rozmowy z podopiecznymi,
- doradcy metodyczni pokazywali, jak budowanie kultury feedbacku w radzie pedagogicznej zaczyna się od prostych sesji mentoringowych „1 na 1”.
Coraz bardziej było widać, że to nie „kolejny projekt”, ale spójna nić łącząca sens działań wychowawczych, dydaktycznych i organizacyjnych. Zmiana nie odbywa się na poziomie dokumentów, tylko na poziomie konkretnych rozmów, spotkań, kontraktów z uczniami i rozmów przy kawie w pokoju nauczycielskim.
Jak twoja szkoła wyglądałaby z perspektywy tej sali?
Między sesjami uczestnicy łapali się na jednym: zaczynali patrzeć na swoje szkoły z dystansu. Ktoś notował: „Mamy świetne programy, ale zero czasu na spokojną rozmowę z uczniem”. Ktoś inny dopisywał: „Mentoring dla nowych nauczycieli? U nas wrzucamy ich na głęboką wodę”. Ten rodzaj lustra – spojrzenia na własną codzienność oczami innych praktyków – był jedną z największych wartości spotkania.
Ten sam ruch można wykonać po powrocie do szkoły: zastanowić się, jak twoja placówka wyglądałaby w prezentacji konferencyjnej. Co byłoby powodem do dumy, a co trudnym slajdem „przed zmianą”? Zapisanie tego wprost to dobry pierwszy krok, zanim pojawi się konkretny plan wdrażania tutoringu i mentoringu.

Czym jest tutoring i mentoring w ujęciu praktyków – porządek pojęć
Jak tutorzy i mentorzy opisują swoją rolę
Najciekawsze definicje tutoringu i mentoringu nie padały z ust teoretyków, ale praktyków. Nauczycielka z małej szkoły wiejskiej powiedziała: „Jako tutor jestem kimś, kto pomaga uczniowi usłyszeć samego siebie”. Nie chodziło jej o to, by stać się psychologiem, lecz by na chwilę wyjść z roli „egzekutora materiału” i wejść w rolę towarzysza drogi.
Inny prelegent, mentor w liceum społecznym, ujął swoją rolę tak: „Jako mentor nauczycielski nie jestem superwizorem, który wszystko wie. Jestem raczej starszym kolegą z boiska, który już się parę razy przewrócił i może opowiedzieć, jak wstawał”. Tę metaforę powtarzano potem w kuluarach – wielu nauczycieli przyznało, że taki mentoring sami chcieliby kiedyś otrzymać.
W praktycznym ujęciu:
- tutor – to nauczyciel lub wychowawca towarzyszący pojedynczemu uczniowi (lub niewielkiej grupie) w rozwoju osobistym i edukacyjnym, poprzez regularne rozmowy, refleksję i planowanie;
- mentor – to doświadczony nauczyciel lub lider, który wspiera innego nauczyciela (albo starszy uczeń wspierający młodszego) w rozwoju zawodowym, organizacyjnym i relacyjnym.
Różnice między tutoringiem a mentoringiem w szkolnej codzienności
Podczas jednego z paneli pokazano prostą tabelę porządkującą różnice między tutoringiem a mentoringiem. Zamiast akademickich definicji pojawiły się sytuacje „z życia szkoły”.
| Obszar | Tutoring szkolny w praktyce | Mentoring w szkole |
|---|---|---|
| Główna relacja | nauczyciel – uczeń | nauczyciel – nauczyciel / lider – nauczyciel / starszy – młodszy uczeń |
| Cel | rozwój ucznia (osobisty, edukacyjny, społeczny) | rozwój zawodowy, wsparcie w trudnościach, dzielenie się doświadczeniem |
| Forma | regularne rozmowy indywidualne, kontrakty, refleksja | spotkania 1:1, obserwacje lekcji, omówienia, wspólne planowanie |
| Główne narzędzia | pytania pogłębiające, cele ucznia, dziennik refleksji | feedback koleżeński, modelowanie, wspólne projekty |
| Korzyść dla szkoły | większe zaangażowanie uczniów, indywidualizacja nauczania | mniejsze wypalenie, szybsze wdrażanie zmian, spójniejszy zespół |
Ta tabelaryczna perspektywa pomagała uczestnikom konferencji zobaczyć, że tutoring i mentoring nie konkurują ze sobą, lecz się uzupełniają. Jedno odpowiada na potrzeby uczniów, drugie – na potrzeby nauczycieli. Razem tworzą spójny system wsparcia w szkole.
Modele tutoringu i mentoringu przedstawiane przez praktyków
Podczas konferencji pokazano kilka wyraźnie odróżniających się modeli pracy:
Tutoring rozwojowy
Skupia się na rozwoju osobistym i społecznym ucznia. Tutor pomaga nazwać mocne strony, wartości, cele na najbliższy rok, pracuje z motywacją i nawykami. Ten model szczególnie dobrze sprawdzał się w szkołach średnich, gdzie młodzież stoi przed wyborem dalszej ścieżki edukacyjnej.
Tutoring naukowy
Silniej nastawiony na wsparcie w konkretnym przedmiocie lub obszarze nauki. Tutor pomaga uczniowi zorganizować naukę, uzupełnić braki, zaplanować przygotowania do egzaminów. Jeden z prelegentów pokazał, jak połączyli tutoring naukowy z pracą nad poczuciem sprawczości ucznia: „Nie tylko tłumaczyliśmy matematykę, ale też szukaliśmy, dlaczego on w ogóle w siebie nie wierzy”.
Mentoring wdrożeniowy dla nowych nauczycieli
W wielu wystąpieniach pojawiał się model mentoringu dla nauczycieli zaczynających pracę w szkole. Mentor pomaga odnaleźć się w kulturze organizacyjnej, dzieli się gotowymi scenariuszami, ale przede wszystkim jest „bezpieczną osobą do zadawania głupich pytań”. Jeden z dyrektorów powiedział wprost: „Wcześniej traciliśmy młodych nauczycieli po roku. Po wprowadzeniu programu mentoringowego większość została”.
Mity, które praktycy rozbijali przykładami
Kilku prelegentów poświęciło swoje wystąpienia na obalanie najczęstszych mitów:
- „Tutoring tylko dla elitarnych szkół” – nauczycielka z małej szkoły wiejskiej pokazała, jak prowadzi tutoring z uczniami, którzy często dojeżdżają kilkanaście kilometrów. „Nie mamy marmurów ani fundacji, ale mamy czas i decyzję, że co tydzień siadam z każdym z moich podopiecznych choć na 15 minut”.
- „Mentoring to kontrola pracy nauczyciela” – mentor z dużej szkoły miejskiej podkreślił, że w ich modelu obserwacje lekcji są zawsze poprzedzone zgodą i ustaleniem celu. „Nie przychodzę z checklistą, tylko z pytaniem: W czym mogę być ci dzisiaj pomocny?”.
- „To fanaberia, a nie realna pomoc” – dyrektor technikum pokazał konkretne dane: po dwóch latach prowadzenia tutoringu frekwencja na zajęciach dodatkowych wzrosła, a liczba poważnych konfliktów wychowawczych spadła. „Nie robimy tego, bo jest modne, tylko dlatego, że to po prostu działa” – podsumował.
Wybrać własny model zamiast kopiować wszystko naraz
Wielokrotnie podkreślano, że największym błędem jest próba skopiowania całego systemu z innej szkoły. Każda placówka ma inną historię, kadrę, rodziców, budżet i możliwości organizacyjne. Dlatego lepszą drogą jest:
- wybranie jednego–dwóch elementów (np. tutoring rozwojowy dla jednej klasy i mentoring wdrożeniowy dla nowych nauczycieli),
- przetestowanie ich w małej skali,
- dopasowanie do własnej kultury pracy, zanim obejmą całą szkołę.
Ten sposób myślenia odciąża – nie trzeba robić „rewolucji”. Wystarczy pierwsza, przemyślana decyzja i konsekwencja. Reszta może rozwijać się stopniowo, w rytmie szkoły.

Najmocniejsze wystąpienia – historie szkół, które odważyły się zacząć
Publiczna szkoła z klasy pilotażowej: mały krok, duża zmiana
Jedno z najbardziej obleganych wystąpień poprowadziła dyrektorka publicznej szkoły podstawowej z średniej wielkości miasta. Opisała, jak zaczęli od jednej klasy pilotażowej. „Nie mieliśmy zgody całej rady, nie mieliśmy dodatkowych godzin z budżetu. Mieliśmy tylko kilkoro zapaleńców i jedną klasę, w której sytuacja wychowawcza zaczynała się sypać”.
Wybrano klasę piątą z dużą liczbą konfliktów i niską motywacją do nauki. Każdy z trzech nauczycieli–wolontariuszy wziął pod opiekę po kilku uczniów jako tutor. Ustalili, że:
- poświęcą na rozmowy tutoringowe po 1 godzinie tygodniowo, „wyciętej” z okienek i konsultacji,
- będą prowadzić proste karty spotkań, aby nie zgubić wątków,
- spróbują programu przez jeden semestr, a potem zdecydują, co dalej.
Pierwsze sygnały zmiany w klasie pilotażowej
Po kilku tygodniach nauczyciele zauważyli coś, czego nie zaplanowali w żadnym dokumencie: uczniowie zaczęli częściej „zaczepiać” swoich tutorów na korytarzu. Najpierw pytaniami o sprawdziany, później – o sprawy domowe, konflikty z rówieśnikami, dylematy „czy iść na zajęcia z piłki, czy zrezygnować”. To był pierwszy, bardzo konkretny wskaźnik, że relacja się buduje.
Dyrektorka mówiła szczerze: „Notatki z kart spotkań początkowo były krótkie i suche. Po miesiącu pojawiły się tam zdania typu: „U. po raz pierwszy sama zaproponowała cel na kolejny tydzień” albo „J. powiedział, że nigdy nikt go tak uważnie nie słuchał”.” To nie był jeszcze system, ale doświadczenie, które trudno potem „odzobaczyć”.
Po pierwszym semestrze zrobiono prostą ankietę w klasie. Pytanie kluczowe brzmiało: „Czy masz w szkole osobę dorosłą, do której możesz przyjść z ważną sprawą, niekoniecznie związaną z ocenami?”. Większość uczniów wskazała swojego tutora. Dla rady pedagogicznej to był mocny argument, by nie tylko kontynuować, ale też rozszerzać program.
Wnioskiem z tej historii nie była „magiczna recepta”, lecz przekonanie, że nawet jedno dodatkowe, regularne spotkanie z uczniem może odmienić klimat całej klasy. To dobry punkt startu dla szkół, które obawiają się, że nie „udźwigną” dużego projektu.
Liceum z wysokimi wymaganiami: tutoring jako antidotum na presję
Inne wystąpienie brzmiało jak opowieść z zupełnie innego świata. Społeczne liceum z ambicją olimpijską, świetne wyniki matur, długa kolejka chętnych. Dyrektorka przyznała jednak: „Przez lata byliśmy fabryką wyników. W końcu usłyszeliśmy od uczniów, że „tu nikt nie pyta, jak my się z tym wszystkim czujemy””.
Zespół postanowił, że każdy uczeń klas pierwszych dostanie tutora na start. Nie po to, by podnosić jeszcze bardziej wyniki, ale by pomóc im przejść przez presję, oczekiwania rodziców i własny perfekcjonizm. Wprowadzono krótkie, 20-minutowe spotkania co dwa tygodnie, wpisane w plan lekcji.
Jeden z tutorów opisywał sytuację uczennicy, która przyszła do liceum z kompletem szóstek i przekonaniem, że musi „ciągle trzymać poziom”. Po dwóch miesiącach była blisko załamania. Rozmowy tutoringowe nie polegały na „pocieszaniu”, tylko na:
- nazwaniu realnych granic – ile godzin nauki dziennie jest jeszcze rozsądne,
- przełożeniu hasła „muszę być najlepsza” na konkretne, zdrowe cele,
- szukaniu aktywności pozaszkolnych, które nie są „pod CV”, tylko dla przyjemności.
Po roku szkoła zauważyła spadek liczby rezygnacji w klasach pierwszych i mniej „nagłych” kryzysów tuż przed maturą. „Dla nas tutoring stał się nie dodatkiem, ale elementem profilaktyki zdrowia psychicznego” – podsumowywała dyrektorka. To wystąpienie szczególnie poruszyło nauczycieli z innych szkół „wysokiego wyniku”.
Jeśli w twojej placówce presja wyników jest codziennością, nawet prosty program tutoringu może stać się tarczą ochronną dla uczniów – warto odważyć się na pierwszy krok, choćby w jednej klasie.
Zespół szkół branżowych: mentoring nauczycielski jako ratunek przed wypaleniem
Silny blok konferencji dotyczył też mentoringu dla nauczycieli. Szczególnie zapadła w pamięć historia zespołu szkół branżowych z dużego miasta. Dyrektor opowiadał wprost: „Przychodzili do nas świetni fachowcy z branży, ale po dwóch latach mieli dość szkoły. Mówili: „Maszyny rozumiem, młodzieży – nie””.
Rozwiązaniem okazał się dwuletni program mentoringu wdrożeniowego dla nowych nauczycieli przedmiotów zawodowych. Każdy „świeży” nauczyciel dostawał mentora – doświadczonego pedagoga (czasem z innego przedmiotu), który:
- pomagał przełożyć wiedzę techniczną na język zrozumiały dla uczniów,
- towarzyszył w pierwszych rozmowach z rodzicami,
- razem z nim planował „trudne lekcje”, np. w grupach z konfliktami.
Mentor jednego z nauczycieli elektryki opowiadał: „Na początku chciał prowadzić lekcje jak szkolenie BHP w firmie – sucho, konkretnie, bez gadania. Po kilku spotkaniach doszliśmy do tego, że uczniowie muszą najpierw zobaczyć człowieka, a dopiero potem specjalistę. Ćwiczyliśmy z nim nawet krótkie „check-iny” na start lekcji”.
Po trzech latach szkoła notowała wyraźnie mniejszą rotację wśród nowych nauczycieli. Co ważne, zmieniło się też nastawienie w gronie: mentoring przestał być „protezą dla słabszych”, a zaczął być traktowany jako standard dobrego wdrożenia. Dla wielu uczestników konferencji to była ważna inspiracja, jak dbać o ludzi, których tak trudno dziś pozyskać do zawodu.
Jeżeli w twojej szkole nowi nauczyciele szybko „gasną”, program mentoringowy może być jednym z najtańszych i najskuteczniejszych sposobów, by zatrzymać ich na dłużej.
Szkoła wiejska: tutoring jako odpowiedź na „wszyscy się znają, ale nikt się nie słucha”
Na scenie pojawiła się również nauczycielka z niewielkiej szkoły wiejskiej. Opowiadała, że w ich środowisku „wszyscy o sobie wszystko wiedzą”, ale jednocześnie wielu uczniów czuje się niewidocznych. Małe miejscowości mają swoje plusy, ale też napięcia, o których rzadko się mówi.
Zespół zdecydował się na tutoring rozwojowy dla uczniów z klas siódmych i ósmych. Nie po to, by „podnosić wyniki egzaminu”, lecz by pomóc młodzieży nazwać swoje marzenia i plany wykraczające poza najbliższą okolicę. Wprowadzono:
- półroczne cykle spotkań tutoringowych,
- proste narzędzia do pracy z wartościami i talentami,
- raz w miesiącu – „godzinę marzeń”, podczas której uczniowie rysowali i opisywali, jak chcieliby, aby wyglądało ich życie za 10 lat.
Jedna z tutorek wspominała rozmowę z uczniem, który w ankiecie startowej napisał: „Nie mam żadnych talentów, bo wszystko już jest zajęte”. Podczas spotkań odkrył, że świetnie sprawdza się w organizowaniu wydarzeń sportowych w swojej wsi. „Dla niego przełomem nie był wybór liceum, ale zdanie: „To, że coś robię naturalnie, nie znaczy, że to nic nie warte”” – mówiła nauczycielka.
Tutoring w tej szkole stał się także pomostem do współpracy z rodzicami. Na zakończenie cyklu zapraszano ich na krótkie spotkania trójstronne, w których uczeń sam prezentował swoje wnioski i plany. To zmieniło ton wielu rozmów domowych – z narzekania na oceny na rozmowę o przyszłości.
Jeśli twoja szkoła jest „niewielka i wszyscy się znają”, tutoring może stać się sposobem, by wreszcie usłyszeć tych, którzy zwykle siedzą z tyłu klasy.

Jak nauczyciele budują relację w tutoringu – konkretne praktyki z sal warsztatowych
Start relacji: pierwsze spotkanie, które nie jest „wywiadówką 1:1”
Na warsztatach powracało jedno pytanie: jak zacząć, żeby uczeń nie czuł się przepytywany? Doświadczeni tutorzy pokazywali swoje scenariusze pierwszych 30 minut. W większości z nich:
- pada kilka prostych pytań o to, co uczeń lubi po szkole,
- nauczyciel mówi krótko o sobie – nie jako o „poloniście z 15-letnim stażem”, tylko jako człowieku z pasją i ograniczeniami,
- wspólnie ustalany jest kontrakt: czego obie strony mogą po sobie oczekiwać.
Jedna z tutorek podkreślała: „Jeśli pierwsze spotkanie jest przesłuchaniem, tracimy ucznia na kilka kolejnych”. Dlatego wielu z nich zaczyna od ćwiczeń typu „trzy rzeczy, których o mnie nie wiesz” albo „mapa miejsc, w których dobrze się czuję”. To proste, ale od razu wprowadza bardziej partnerski ton rozmowy.
Dobrym nawykiem, który wybrzmiewał w wypowiedziach praktyków, jest kończenie pierwszej rozmowy jednym konkretnym ustaleniem, np. „Do następnego razu przynosimy po jednym pytaniu, które nas nurtuje w szkole”. Dzięki temu kolejne spotkanie nie zaczyna się od zera.
Jeżeli dopiero zaczynasz, zaplanuj pierwsze spotkanie tak, by połowę czasu mówił uczeń – nie ty. Zyskasz od razu bazę do dalszych rozmów.
Pytania, które otwierają, a nie zamykają
W czasie sesji treningowych tutorzy dzielili się swoimi „pewniakami” – pytaniami, które pomagają uczniom się otworzyć. Co ciekawe, rzadko padało tam „Jak ci idzie w szkole?”. Częściej:
- „Co ostatnio sprawiło ci prawdziwą satysfakcję?”
- „Kiedy w ciągu dnia najbardziej czujesz, że to jest twoje?”
- „Czego chciałbyś robić mniej, jeśli tylko byłaby taka możliwość?”
Jedna z trenerek tutoringu zachęcała, by odchodzić od pytań oceniających („Dlaczego znowu…?”, „Czemu nie zrobiłeś…?”) na rzecz pytań badawczych („Co ci przeszkodziło?”, „Co by ci pomogło?”, „Jaką małą zmianę możesz wprowadzić?”).
Na warsztacie ćwiczono nawet zamianę jednego zdania. Zamiast: „Musisz się bardziej przyłożyć do matematyki”, tutor mówił: „Zależy ci, żeby w matematyce było inaczej. Od czego REALNIE możesz zacząć w tym tygodniu?”. Ta delikatna zmiana wprowadza odpowiedzialność po stronie ucznia, a nie kolejną listę wymagań.
Dobrze dobrane pytanie potrafi ruszyć ucznia z miejsca bardziej niż piętnastominutowa przemowa. Warto mieć pod ręką swoją krótką listę, do której można sięgnąć, gdy rozmowa utknie.
Narzędzia papierowe i cyfrowe – tyle, ile naprawdę pomaga
Praktycy byli zgodni: papier nie może zastąpić relacji, ale kilka prostych narzędzi naprawdę ułatwia proces. Na stolikach warsztatowych krążyły:
- krótkie karty celu semestralnego (maksymalnie trzy cele, konkretne działania, termin),
- „termometry energii” – proste skale od 1 do 10, na których uczniowie zaznaczali, ile mają siły do działania,
- mini-dzienniki refleksji, w których uczeń odpowiadał raz w tygodniu na dwa pytania: „Co mi się udało?” i „Czego się nauczyłem na swoim błędzie?”.
Część szkół korzysta także z narzędzi cyfrowych – prostych formularzy online czy aplikacji do umawiania spotkań. Jedna z nauczycielek ostrzegała jednak: „Jeśli każesz uczniowi wypełniać rozbudowaną ankietę po każdym spotkaniu, zabijasz spontaniczność. Dokumentacja ma być dla nas, a nie my dla dokumentacji”.
Kilku tutorów pokazywało, jak wykorzystują zdjęcia z telefonu do dokumentowania małych sukcesów uczniów – np. fotografują pierwszą prezentację ustną, projekt, który wyszedł lepiej niż zwykle, czy plan nauki rozpisany własnoręcznie przez ucznia. Takie „pamiętniki zmian” budują poczucie sprawczości lepiej niż same słowa.
Jeżeli dopiero budujesz swoje narzędzia, zacznij od jednego formularza celu i prostego dziennika – resztę możesz dopracować razem z uczniami, słuchając, co im pomaga, a co frustruje.
Granice roli tutora – kiedy warto powiedzieć „tu potrzebna jest inna pomoc”
W wielu dyskusjach pojawiał się wątek obaw: „Czy jako tutor nie wejdę za bardzo w rolę terapeuty?”. Doświadczeni nauczyciele podkreślali, że kluczem są jasno postawione granice. Tutor:
- towarzyszy uczniowi w refleksji i planowaniu,
- pomaga nazywać emocje i potrzeby,
- kieruje do innych specjalistów, gdy widzi, że sytuacja go przerasta.
Na warsztatach analizowano konkretne scenariusze. Co zrobić, gdy uczeń mówi o autoagresji? Jak reagować, gdy opowiada o przemocy w domu? Tutorzy ćwiczyli zdania typu: „Słyszę, że jest ci bardzo trudno. To ważne, że mi o tym mówisz. Żeby dobrze ci pomóc, potrzebujemy zaangażować też pedagoga/psychologa”.
Jeden z prowadzących zauważył: „Paradoksalnie, uczniowie bardziej ufają tym tutorom, którzy potrafią przyznać: „Tego nie umiem, ale pomogę ci znaleźć osobę, która umie””. To odciąża nauczycieli z presji „ratowania” każdego problemu i jednocześnie buduje kulturę proszenia o pomoc.
Ustalenie jasnych zasad współpracy z pedagogiem i psychologiem szkolnym już na etapie planowania programu tutoringu pozwala nauczycielom spać spokojniej i skupić się na tym, w czym są naprawdę dobrzy.
Organizacja tutoringu w szkole – od pojedynczych spotkań do spójnego systemu
Mały pilotaż zamiast „wielkiej reformy od września”
Najczęstsze pytanie organizacyjne na korytarzach brzmiało: „Od czego zacząć, żeby tego nie zabić papierologią?”. Szkoły, które już działają w tutoringu kilka lat, niemal zawsze zaczynały od małego pilotażu, a nie od szkolnego „przewrotu kopernikańskiego”.
Najprostszy model startowy, który powtarzał się w rozmowach:
- 4–6 nauczycieli ochotników,
- po 3–5 uczniów na osobę,
- jasno określony czas trwania pilotażu (np. jeden semestr),
- jedna wspólna forma dokumentowania – nie więcej niż jedna strona na ucznia.
Jedna z dyrektorek mówiła wprost: „Gdybym od razu kazała całej radzie pedagogicznej zostać tutorami, utopilibyśmy to w oporze i zmęczeniu”. Dzięki małemu startowi szkoła mogła spokojnie zebrać doświadczenia, sprawdzić, co działa w jej realiach i dopiero na tej bazie podejmować decyzje o rozszerzeniu.
Jeśli chcesz ruszyć z miejsca, znajdź kilku sojuszników, nazwijcie pilotaż po prostu „eksperymentem na próbę” i umówcie się, że po semestrze szczerze podsumujecie wnioski.
Dobór uczniów: kto na start, żeby nie palić mostów
Na panelu organizacyjnym długo dyskutowano o tym, kto ma zostać pierwszymi podopiecznymi. Kuszące jest „od razu objąć tutoringiem najbardziej potrzebujących”, ale praktycy ostrzegali, że to może zabić motywację tutorów już na początku.
W szkołach, które przeszły tę drogę, sprawdzały się trzy podejścia:
- Uczniowie-chętni – najpierw rekrutacja wśród ochotników, co buduje dobry klimat wokół programu.
- „Środek klasy” – nie uczniowie „najtrudniejsi” ani „najlepsi”, tylko ci, którzy zwykle giną w tłumie.
- Mieszanka – każdy tutor ma po jednym uczniu „bardziej wymagającym” i po jednym „stabilnym”, by nie dźwigać tylko kryzysów.
Jeden z nauczycieli opowiadał, że w pierwszym roku od razu dostał grupę uczniów „z czerwonej listy”. „W trzecim miesiącu byłem wypalony. Gdybym miał wtedy wśród nich choć dwójkę spokojniejszych, miałbym gdzie ładować baterie” – podsumował.
Przy pierwszym naborze postaw na prosty komunikat do uczniów i rodziców: co daje tutoring, ile trwa, czego można się spodziewać – bez obiecywania cudów. Przejrzystość na starcie oszczędzi wielu rozczarowań.
Godziny w planie: tutoring „po lekcjach” czy w ramach siatki?
Drugą dużą barierą było pytanie: „Kiedy my mamy się z nimi spotykać?”. Rozwiązania były różne, ale kilka wzorców się powtarzało:
- Okienka – tutorzy umawiają spotkania w swoich wolnych godzinach, często łącząc dwóch uczniów pod rząd.
- Stałe „okno tutoringowe” w tygodniu – np. środa 7–8 lekcja, gdy cała szkoła ma zajęcia dodatkowe, a tutorzy pracują indywidualnie.
- Spotkania raz na trzy tygodnie – rzadziej, ale regularnie, co odciąża plan i jednocześnie daje ciągłość.
Dyrektorka jednego z liceów podkreślała, że pomogło im krótkie porozumienie z organem prowadzącym: część godzin z „puli dyrektorskiej” przeznaczyli na tutoring zamiast kolejnych zajęć wyrównawczych. „Wyniki egzaminów nie spadły, za to spadła liczba konfliktów i wezwań rodziców do szkoły” – dodawała.
Jeśli nie masz wpływu na siatkę godzin, zacznij od jednej stałej godziny w miesiącu na każdą parę tutor–uczeń. Lepiej rzadziej, ale systematycznie, niż entuzjastyczne „raz, a potem jakoś nie mieliśmy czasu”.
Szkolenie tutorów: minimum, które robi różnicę
Na salach warsztatowych słychać było też głosy lęku: „Ja się nie czuję przygotowany”, „To chyba wymaga specjalnych studiów”. Trenerzy odpowiadali spokojnie – na start wystarczy kilka kluczowych kompetencji, które można przećwiczyć w kilku modułach.
Najczęściej powtarzający się „pakiet startowy” to:
- podstawy komunikacji niedyrektywnej i aktywnego słuchania,
- praca na pytaniach otwartych zamiast radach,
- formułowanie małych, konkretnych celów z uczniem,
- zasady bezpieczeństwa i współpracy z psychologiem/pedagogiem.
W jednej ze szkół zrobiono prosty manewr: zamiast ogólnego szkolenia Rady, zorganizowano klub tutorów – 3 spotkania po 2 godziny tylko dla ochotników. „Ta kameralność zdjęła z ludzi presję. Pytali śmiało, ćwiczyli na sobie. Potem to oni stali się ambasadorami programu” – mówiła koordynatorka.
Jeśli nie masz dostępu do zewnętrznego trenera, zacznij od krótkiej wewnętrznej sesji: poćwiczcie prowadzenie rozmowy w trójkach (uczeń–tutor–obserwator) i zbierzcie na gorąco wnioski. Dwie dobre próby praktyczne często uczą więcej niż trzy wykłady.
Koordynator programu – ktoś, kto „trzyma całość”
W szkołach, gdzie tutoring rozwinął się w spójny system, zawsze pojawiała się jedna osoba pełniąca rolę koordynatora. Nie był to „nadkontroler”, raczej:
- punkt kontaktu dla rodziców i nauczycieli,
- osoba dbająca o terminy i minimalną dokumentację,
- ktoś, kto organizuje regularne spotkania tutorów, by nie zostawali ze swoimi dylematami sami.
Koordynatorem najczęściej zostawał nauczyciel z doświadczeniem w pracy wychowawczej lub pedagog szkolny, z realnym czasem w pensum na tę funkcję (choćby jedną–dwie godziny tygodniowo). Tam, gdzie rola była „po prostu dorzucona do innych obowiązków”, tutoring szybko zamieniał się w zbiór pojedynczych, niepowiązanych działań.
Jeżeli myślisz o wdrożeniu systemu, już na początku zastanów się, kto w waszej szkole ma energię i uważność, żeby zadbać o całość. Dobrze dobrany koordynator robi dla tutoringu więcej niż najładniejszy regulamin.
Proste zasady, które porządkują pracę wszystkich tutorów
Na konferencji kilka zespołów pokazywało swoje regulaminy tutoringu. Te, które faktycznie wspierały nauczycieli, miały jedną wspólną cechę – były krótkie i konkretne. Zamiast pięciostronicowych dokumentów, pojawiały się 1–2 strony ustaleń, np.:
- jak często odbywają się spotkania i ile trwają,
- jak tutor komunikuje się z rodzicami (i jak często),
- jak wygląda minimum dokumentacji po każdym cyklu,
- w jakich sytuacjach tutor ma obowiązek skontaktować się ze specjalistą.
W jednej szkole zapisano nawet wprost: „Tutor nie prowadzi korespondencji z rodzicami przez komunikatory prywatne – używamy tylko dziennika elektronicznego lub służbowej poczty”. Niby drobiazg, ale oszczędził wielu nocnych wiadomości „tylko na chwilkę”.
Nie chodzi o to, by usztywnić każdą minutę pracy, lecz dać nauczycielom ramy, w których mogą się bezpiecznie poruszać. Kilka klarownych punktów działa jak barierki na zakręcie – nie przeszkadzają w jeździe, a chronią przed wypadnięciem z trasy.
Usiądźcie w małej grupie i spróbujcie spisać wasze „top 5 zasad tutoringu” – tyle wystarczy na początek, resztę dopracujecie w ruchu.
Jak mierzyć efekty, żeby nie zabić sensu liczbami
Dyrektorzy pytali często: „Jak mam pokazać organowi prowadzącemu, że to działa?”. Odpowiedzią nie były skomplikowane kwestionariusze, tylko kilka prostych wskaźników, łączących perspektywę uczniów, nauczycieli i rodziców.
Szkoły, które sensownie raportują tutoring, patrzą np. na:
- frekwencję uczniów objętych tutoringiem (porównanie przed i po cyklu),
- liczbę konfliktów i rozmów interwencyjnych z rodzicami,
- krótkie ankiety satysfakcji uczniów – 3–4 pytania raz w semestrze,
- subiektywną ocenę tutorów: „Czy widzę postęp w samodzielności ucznia?”
Jedno z liceów pokazało ciekawy patent: uczniowie raz na semestr wypełniają „kartę zmiany”, w której własnymi słowami opisują trzy obszary: „co robię inaczej”, „co myślę o sobie inaczej”, „z kim inaczej rozmawiam”. Z perspektywy dyrekcji to bezcenny materiał – widać, czy tutoring pracuje nad tym, co zakładano.
Jeśli potrzebujesz argumentów dla „świata zewnętrznego”, zbierz kilka krótkich historii uczniów (oczywiście anonimowo) i zestaw je z prostymi danymi. Liczby są ważne, ale to właśnie konkretne zmiany w zachowaniu uczniów najczęściej przekonują decydentów.
Włączanie rodziców – partnerzy, nie widownia
Tam, gdzie tutoring stał się częścią kultury szkoły, rodzice przestali być tylko odbiorcami komunikatów. Zamiast kolejnej prelekcji na wywiadówce, szkoły organizowały krótkie spotkania informacyjne o tutoringu, czasem połączone z mini-warsztatem dla chętnych.
Praktycy podkreślali kilka sprawdzonych ruchów:
- jasne wyjaśnienie, czym tutoring nie jest – to nie korepetycje ani terapia,
- pokazanie, jak rodzic może wspierać proces (np. raz w miesiącu spokojna rozmowa o celach dziecka),
- zaproszenie rodziców do końca cyklu – krótkie spotkanie trójstronne, w którym uczeń mówi najwięcej.
Jedna z mam opowiadała, że dopiero na takim spotkaniu zobaczyła, jak jej córka samodzielnie mówi o swoich mocnych stronach i trudnościach. „W domu zawsze słyszałam tylko: ‘nie wiem, nie umiem’. Tutaj pierwszy raz usłyszałam: „Potrzebuję inaczej planować czas” zamiast „jestem beznadziejna”” – mówiła.
Jeśli obawiasz się reakcji rodziców, zacznij od małej grupy i zaproś ich na krótką, konkretną rozmowę o tym, co daje tutoring. Większość rodziców reaguje ulgą, gdy widzi, że ktoś po prostu regularnie rozmawia z ich dzieckiem „nie o ocenach”.
Mentoring nauczycielski – systemowe wsparcie, nie tylko „dobrzy koledzy”
Obok tutoringu uczniów coraz częściej pojawiał się drugi filar: mentoring dla nauczycieli. Szczególnie tam, gdzie rotacja kadry była duża, dyrektorzy zaczęli formalnie przypisywać mentorów nowym pracownikom, zamiast liczyć na „życzliwość pokoju nauczycielskiego”.
Sprawdzone rozwiązania, które wybrzmiały w rozmowach:
- każdy nauczyciel w pierwszym roku ma jednego mentora – kolegę z kilkuletnim stażem,
- mentor i mentee spotykają się minimum raz w miesiącu na 45–60 minut,
- mentoring dotyczy nie tylko „papierów i procedur”, ale też emocji i równowagi między pracą a życiem prywatnym.
W jednej z podstawówek wprowadzono prosty zwyczaj: nowy nauczyciel przez pierwszy semestr raz w tygodniu wysyłał mentorowi krótką wiadomość z odpowiedzią na dwa pytania: „Co mi wyszło?” i „Gdzie utknąłem?”. Mentor odpowiadał jednym konkretnym komentarzem lub zaproszeniem do krótkiej rozmowy. „To zdjęło ze mnie poczucie, że muszę wszystko umieć od razu” – mówiła jedna z młodych nauczycielek.
Jeśli myślisz o mentoringu dla kadry, zacznij od kilku par i bardzo prostych zasad współpracy. Jeden dobry rok mentorskich duetów potrafi odmienić klimat pokoju nauczycielskiego na lata.
Od inicjatywy kilku osób do elementu kultury szkoły
Podczas podsumowujących dyskusji powtarzało się jedno zdanie: „Tutoring i mentoring to nie projekt, tylko sposób pracy”. W szkołach, które zaszły najdalej, nie mówi się już o „programie tutoringowym”, tylko o tym, że:
- uczniowie mają w szkole przynajmniej jedną dorosłą osobę, do której mogą pójść „tak po prostu”,
- nowy nauczyciel nigdy nie zostaje „wrzucony do basenu” bez koła ratunkowego,
- rozmowa o mocnych stronach i celach jest tak samo naturalna jak rozmowa o ocenach.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Po co w ogóle wprowadzać tutoring i mentoring w szkole?
Tutoring i mentoring pomagają zamienić szkołę „odhaczania tematów” w szkołę realnych spotkań z uczniem i między nauczycielami. Zamiast skupiać się tylko na tym, czy materiał został zrealizowany, nauczyciele pytają: kim jest ten konkretny uczeń, czego potrzebuje i jak mogę mu towarzyszyć w rozwoju.
Dzięki temu rośnie zaangażowanie uczniów, maleje liczba konfliktów, a nauczyciele mniej się wypalają, bo nie są już tylko „egzekutorami podstawy”, lecz towarzyszami drogi. To dobry kierunek, jeśli chcesz, by szkoła rozwijała ludzi, a nie tylko wyniki z testów.
Jaka jest różnica między tutoringiem a mentoringiem w szkole?
Tutoring dotyczy głównie relacji nauczyciel–uczeń. Tutor prowadzi regularne rozmowy z pojedynczym uczniem (lub małą grupą), pomaga mu nazwać cele, mocne strony, przygląda się nawykom i postępom. To narzędzie do indywidualizacji i budowania odpowiedzialności ucznia za własny rozwój.
Mentoring to relacja „dla dorosłych” (lub starszy–młodszy uczeń): doświadczony nauczyciel wspiera mniej doświadczonego kolegę, czasem lider wspiera członka zespołu. Pojawiają się obserwacje lekcji, omówienia, rozmowy o trudnościach, wspólne planowanie. Dzięki temu nowi nauczyciele nie są wrzucani na głęboką wodę, a zmiany w szkole wdraża się spokojniej i skuteczniej.
Jak wygląda tutoring szkolny w praktyce na co dzień?
Najprościej: to zaplanowane, regularne rozmowy 1:1 z uczniem o jego rozwoju, a nie tylko o ocenach. Tutor spotyka się z podopiecznym np. raz na 2–3 tygodnie, pracuje z kartą celów, zadaje pytania pogłębiające, pomaga zaplanować półrocze czy rok, wraca do wcześniejszych ustaleń.
Przykład: uczeń, który „nie ogarnia” organizacji, na spotkaniu z tutorem tworzy prosty plan tygodnia, wybiera jedno małe zachowanie do zmiany i za miesiąc wspólnie sprawdzają, co się udało. To nie jest terapia, ale mądra, systematyczna rozmowa, która uczy refleksji i odpowiedzialności. Zacznij od kilku uczniów i krótkich 20–30‑minutowych sesji.
Jak w praktyce działa mentoring dla nauczycieli?
Mentor jest trochę jak „starszy kolega z boiska” – to ktoś, kto już kilka razy się przewrócił i może spokojnie opowiedzieć, jak wstawał. Spotyka się z młodszym nauczycielem, pomaga mu przejść przez pierwszy rok pracy, wspiera przy trudnościach z klasą, razem planują lekcje czy omawiają porażki.
W praktyce często wygląda to tak: mentor obserwuje fragment lekcji, potem przy kawie rozmawiają o tym, co zadziałało, a co można poprawić. Z czasem pojawiają się też wspólne projekty i rośnie zaufanie w zespole. Jeśli w twojej szkole nie ma formalnego mentoringu, zacznij od prostego „duety nauczycielskie” – jedna para, jedno regularne spotkanie w miesiącu.
Jak zacząć wdrażać tutoring i mentoring w swojej szkole małymi krokami?
Dobry start to zrobienie „lustra” szkoły: co już działa (np. mocne wychowawstwa, dobre relacje w pokoju nauczycielskim), a czego brakuje (np. czasu na rozmowę 1:1 z uczniem, wsparcia dla nowych nauczycieli). Na tej podstawie łatwiej wybrać pierwszy, mały pilotaż zamiast wielkiej reformy.
Sprawdza się podejście: najpierw eksperyment w małej skali, potem stopniowe rozszerzanie. Przykłady prostych kroków:
- 2–3 nauczycieli prowadzi pilotażowy tutoring z kilkoma uczniami;
- dyrektor wyznacza 1–2 mentorów dla nowych nauczycieli;
- rada pedagogiczna umawia się na krótkie, cykliczne rozmowy 1:1 o pracy (mini‑mentoring).
Ważne, by od początku było jasne: to nie „kolejny projekt do papierów”, tylko konkretne wsparcie dla ludzi – wtedy jest szansa, że się przyjmie.
Jakie korzyści z tutoringu i mentoringu odczuwa cała szkoła?
Na poziomie uczniów widać: większe zaangażowanie, mniej „N” w dzienniku, więcej poczucia sprawczości. Uczniowie częściej przychodzą z pytaniem i prośbą o pomoc, zamiast czekać tylko na ocenę. Konflikty da się wyłapać wcześniej, bo jest ktoś, kto naprawdę zna ich sytuację.
Na poziomie nauczycieli i szkoły: spada poczucie osamotnienia, łatwiej „utrzymać” młodych w zawodzie, a zmiany (np. nowe metody pracy, ocenianie kształtujące) wchodzą w życie szybciej, bo są omawiane w bezpiecznych, małych relacjach. Szkoła krok po kroku przesuwa się z trybu „przerabiamy materiał” do trybu „rozwijamy ludzi” – i to czuć w korytarzach.






